środa, 18 grudnia 2013

CZARNY RYCERZ 1992-11-20 / 1992-11-21

Dziś mamy środę a według wróżby na przyszły rok 2014 wychodzi jaki będzie czerwiec.
A dzień był pięknie słoneczny choć chłodny i lekko wietrzny bo było zaledwie -2 st. C rano i + 2 st. C po południu.
Tak myślałem cóż by dziś wstawić na bloga i padło na ten bazgroł który jak widać powstał ponad dwadzieścia lat temu.
Z biegiem lat dojrzewała we mnie myśl żeby zrobić z tego większą całość i mam zamiar dodać wcześniejsze losy naszego wojownika kiedy wśród niesnasek pobratymców dla ratowania starego przyjaciela musiał uchodzić na wyprawę krzyżową.
Takie właśnie zawiści i opluwanie dziś dojrzałem wśród komentarzy pod poniższym klipem.
Sukces niebywały jeśli chodzi o nasz rynek muzyczny - bez mała 28 milionów odwiedzin - chciałbym kiedyś spojrzeć na ten blog i pomyśleć że mi też szczęście dopisało mając choć kilka tysięcy odwiedzin w parę lat a oni w zaledwie kilka miesięcy miliony.
Jeśli chcecie to słuchajcie a jak wolicie inny podkład to włączcie sobie co innego wedle uznania.
Zapraszam do świata wypraw krzyżowych - przynajmniej tak mi się wydawało kiedy ten tekst przed laty pisałem.


Donatan-Cleo "MY SŁOWIANIE"




CZARNY RYCERZ 1992-11-20 / 1992-11-21 

Na piasku zabielały ludzkie kości 
Tutaj Szakal rzadko pości 
Koń cicho chrapiąc -przeszedł bokiem 
Zsunął się w dół piaszczystym stokiem 

Wiatr rozwiewał piasku ziarna 
Na ucieczkę stąd -szansa marna 
Wokoło pustynia-rozpościera swe łachy 
Wokół nic-tylko piachy i piachy 

W oddali zamajaczyły pierzaste palmy 
A tuż za nimi wysoki szczyt skalny 
Nie-to nie jest Fata Morgana 
Do tej Oazy zmierzają-od wczorajszego rana 

To cel Rycerzy Frankońskich wyprawy 
A owoc jej będzie bardzo krwawy 
Tutaj osiedli sławni arabscy rozbójnicy 
Bezlitośni.Złośliwi.Wręcz -Dzicy 

Sprawnie się porusza kolumna marszowa 
A ślady jej przemarszu-wiatr zasypuje-chowa 
To odpowiedź za wioskę napadniętą 
Za mienie zagrabione-ludność wyrżniętą 

Grupy rycerzy rozjeżdżają się na skrzydła 
Wszyscy są w pogotowiu-rozmowa ucichła 
Już księżyc powoli chowa się za chmury 
Dla wielu świt będzie ostatni-ponury 

Stanęli na chwilę żelaźni rycerze 
Zgodnym chórem poczęli odmawiać pacierze 
A skrzydła się oddalają na zachód i wschód 
Zawsze się opłaci tego manewru trud 

Znowu w przód ruszyli formując ławę 
Marząc że zdobędą trofea i sławę 
W ręku zalśniły miecze-topory 
A każdy za wiarę umrzeć gotowy 

Wreszcie dotarli do oazy bezpośredniej okolicy 
Na szczycie skały pokazali się łucznicy 
Obsadzili wzniesienie do spółki z kusznikami 
Stając się życia w oazie panami 

Wszyscy śpią-nikt nie czuwa 
A wyprawa rycerska wciąż naprzód się posuwa 
Wreszcie konie ruszają w skok 
Rusza prawy-lewy takoż bok 

Wreszcie ściągnięte konie stają 
Są na wzgórzach-na oazę dobry widok mają 
Wszczął się rwetes i zamęt w obozie 
Arabowie dosiadają koni trzymanych w odwodzie 

Stary Komtur daje ręką znak 
Wylatuje śmierci za ptakiem-ptak 
Grają cięciwy łuków i kusz 
Pierwsze trupy padają już 

Naciągają-celują i strzały wypuszczają 
I jedna za drugą -czynności powtarzają 
Jezdni na wzgórzu nadal czekają 
A miejsce rzezi pierwsze promienie słońca oświetlają 

Zapłonęły skórzane namioty obozowe 
Wokoło lament i płacz-kobiety zrozpaczone 
Komtur mieczem daje skinienie 
Na użycie białej broni jawne przyzwolenie 

Ruszają wszyscy-w dół-w przód 
A już ten i ów -pierwszych wrogów zmiótł 
Brzęczą miecze po hełmach i tarczach 
Tu i tam głos kuszy zawarczał 

Ruszyła także w dół piechota 
Runęła w piach-Święta tarcza -szczerozłota 
Jeszcze rannych i żywych dobijano 
A już obozowisko z rzeczy wartościowych plądrowano

Kobiety i dzieci przed Komtura spędzono 
Sprawnie niewolnice i młodzież podzielono 
Knechci pęta na szyje i ręce ponakładali 
Stare kobiety zgwałcili i podobijali 

Rannych na nosze rycerzy poskładano 
Trupy szybko i sprawnie w piachach pochowano 
Nikt nie poległ z rycerzy ni pacholików 
Zyskano znaczne ilości złota i niewolników 

Na wprędce się posilono i pokrzepiono 
Za chwalebne zwycięstwo mszę odprawiono 
Uzupełniwszy zapasy wody s powrotem ruszyli 
Niewolnicy smutni-rycerze się cieszyli 

Droga minęła dobrze i bez niespodzianek 
Wszyscy myśleli o spełnianiu swych zachcianek 
Wielu w udziale zyskało młode branki 
Rozpoczną po powrocie służbę kochanki 

Jeden tylko rycerz w czarnej zbroi 
Od towarzystwa branek stroni 
Jego serce należy do tej dziewczyny 
Zdobnej w złoto-jedwabie-muśliny 

Lecz owa piękna złotowłosa miłość 
Tylko dla złota-diamentów -ma czułość 
Tylko błyskotki dla jej oczu cenę mają 
A uczucia rycerskie niczym woda po niej spływają 

Lecz zakochany rycerz wciąż się łudzi 
Że sława i miłość jej serce rozbudzi 
Sławny to mąż-znamienite ramię 
Szkoda że ta miłość stawia na nim znamię 

Zaczyna się zmieniać jego twarz i oczy 
Często sam na wroga z impetem skoczy 
A wszystko od tamtej pamiętnej pory 
Gdy odeszła z Szejkiem posiadającym złota wory 

Czarny Rycerz-czarna sławę zyskuje 
On tnie-a jego czarny koń wszystko tratuje 
Czarny strach na wrogów pogańskich pada 
Nikt mu nie poradzi-nawet zwykła zdrada 

Gdy go gdzieś zobaczą -krzyczą Biada-Biada 
Bo tuż za nim śmierć się w krok skrada 
Pozostawia rycerzy-w piachy się oddala 
Walczy i cierpi-wojną się zadowala 

W jednej z oaz jest jego obozowisko 
Wszyscy je omijają -nikt nie podchodzi za blisko 
W różne strony pustyni się kieruje 
A jego miecz krwią niewiernych się farbuje 

A jego sława unosi się pod chmury 
Nie zwraca na to uwagi-zawsze jest ponury 
Niewierni tak się go obawiają 
Że na samo wspomnienie po dziurach się chowają 

Kiedyś gdy poczet rycerski stanął w opałach 
Gdy się zdawało że nikt nie przeszkodzi w nawałach 
Nagłe pomiędzy mameluków przerażenie wtargnęło 
Każde spojrzenie na wzgórzu spoczęło 

Stał tam na szczycie ze swym oddziałem 
W czarnej zbroi na koniu wspaniałym 
W serca rycerskie wstąpiła otucha-pomimo znoju 
Z wielkim zapałem rzucili się do boju 

I straszny pogrom dosięgnął pogany 
Szczęznął cały oddział -skuty-zrąbany 
A on znów ruszył w pustynie -swoją droga 
Ciągle kochając tą dziewkę -niby niebogą 

I tak trwało to przez wiele miesięcy 
Był nieczuły na uśmiech serdeczny-dziewczęcy 
Niejedna kobieta o nim marzyła 
Niejedna niewolnica o nim tylko śniła 

Aż pewnego dnia-w porannych promieniach słońca 
Obwieszczono mu z rodzinnego domu gońca 
Wszedł niemłody-wierny sługa domu 
Słaniający się ze zmęczenia -pragnienia i głodu 

W piśmie znalazł prośbę ojcowską 
Wróć do domu-zatęsknij za Małopolską 
Wszak jesteś wojownik Słowiański-znamienity 
Pomyśl o chorym ojcu-porzuć profity 

Przesunęły się przed oczyma wspomnienia 
Pierwsze przyjaźnie -włóczęgi-przyrzeczenia 
Zatęsknił za borem-łąką-cieniem nadrzecznym 
Wracam do domu-koniec z wojowaniem niedorzecznym

Spakowano wszelkie dobra i dostatki 
Kosztowne zbroje-miecze i płócienne manatki 
Potroczono-posiodłano konie znamienite 
Pożegnano Oazę i dni tu przeżyte 

Ruszono w kierunku granicy pustyni 
W prostej jak strzelił linii 
A droga ciągnęła się bez końca 
Uciążliwa-smętna-po prostu nużąca 

W końcu po wielu miesiącach 
Wyprawa była przy Granicznych Kopcach 
Jakże jego serce się radowało 
Choć uśmiechu na jego twarzy nigdy się nie spotkało

Na jednym z ostatnich popasów 
Okrzyk przerażenia odbił się od lasów 
Skoczy z włócznią w kierunku odgłosu 
Nie poskąpił niedźwiedziowi mocarnego ciosu 

Znalazł dziewczynę krwią zalaną 
Z raną w ramieniu -pazurem wyoraną 
Na jej westchnienie -o dziwo od lat 
Zakwitł na jego twarzy uśmiechu ślad 

Naprędce rany dziewczęciu opatrzono 
I zmianę w obliczu wodza zauważono 
Oddał ją rodzicom i się oddalił 
Choć tego nie wiedział-serce tam zostawił 

W domu wszyscy radzi go widzieli 
Opowieściom końca po prostu nie mieli 
Nawet co było rzeczą niebywałą 
Z niego parę przygód wydobyć się udało 

Ojciec wydobrzał-i dobrze się miał 
Ale on jakby nie wiedział czego chciał 
Kręcił się po obejściu i lesie bez celu 
Zastanawiało się nad nim ludzi wielu 

Aż wreszcie znalazł lekarstwo pustelnik stary 
Znający życie -przewidujący jego zamiary 
Poprosił go o towarzystwo w podróży 
Jako to w towarzystwie czas mniej się dłuży 

Wyruszył nasz rycerz z ochotą 
Wczesnym rankiem-przed letnią spiekotą 
A już wieczorem do tego domu przybyli 
Gdzie rodzice owej dziewczyny radzi im byli 

Jako że wojak zwyczajny do miecza-toporów 
Ale marny z niego szermierz w orężu amorów 
Przeto starzec sprawę mu wykłada 
Miłość do owej dziewczyny cię pochłania-zjada 

Uśmiech powraca na młodzieńcze lice 
A już wkrótce Mnich łączy ich prawice 
Zapomina o tamtej nieczułej-pośród pustyni 
A w żonie-czułość i opieka wspaniałej gospodyni 

W ciemne i słotne jesienne wieczory 
W mroźnych nocach przy grasowaniu wilczej sfory 
Snuł opowieści z tamtych słonecznych dni 
Wypraw o których niejeden pachołek śni 

Opowiadał o wojnach swoim synom 
O klejnotach i fatałaszkach służącym dziewczynom 
Sąsiadom i gościom -o koniach wspaniałych 
Codziennie ze stajen na plac wyganianych 

I żyli tak w szczęściu i wielkiej miłości 
Choć dziś już rzadko kto w tamte strony zagości 
A zresztą-niechaj każdy sam sobie poczyta 
Gdzie osiadał pył który wzbijały kopyta 



Jan Józef Łoziński


Mając nadzieję że całkiem Was nie zanudziłem miłego wieczoru jak i snów bajecznie kolorowych życzę pozdrawiając serdecznie
Ozimek 2013-12-18