sobota, 21 grudnia 2013

WYPRAWA 2011-05-25 rozdział I

Dziś jedynie pierwszy rozdział niedokończonej jeszcze bazgraniny wstawię bo jak wiadomo wszyscy mają masę pracy i bieganiny względem zbliżających się świąt więc i ja nie będę się rozpisywać a jedynie gotowca wstawię .

WYPRAWA    2011-05-25

Wiosenne słońce łaskotało twarz swym gorącym dotykiem.
Jak gdzieś tylko znalazło drogę ku ciemniejszym podszyciom leśnym – od razu wskakiwało w zaistniałą wnękę i rozświetlało dół leśnej krainy.
Delikatny powiew wietrzyku umożliwiał to raz za razem – tak jakby był w zmowie ze słońcem i zabawiali się w najlepsze  - ono strzelając światłem a on poruszając gałązkami raz po raz to tu , to tam ukazując drogę ku dołowi.
Jaro rozkwitało w tej krainie.
Wszędy młode listki i zielska.
Wszędy wesołe trele ptasząt różnorakich – i tych barwą się obwieszczających i tych szarych – ale za to pięknym głosem jakby w zamian obdarowanych.
Mnogości kwiecia wszelakiego zamęt w głowie robiło to od góry z drzew dochodząc wraz z wiaterkiem to znów od boku z krzewu mijanego lub od dołu z krzewiny jakowejś lub plamy kwieciem na skraju łąki czy pode drzewem rozesłanej.
Wszędy młode gałązki w listki tudzież igły jeszcze nie kujące ku słońcu się prężące , jakby ścieżki żywota szukały.
Czasami te sielskie zapachy przecinała ostra woń dzika który ocierał się o pień błotny ślad na tymże pozostawiając.
Czasami ostra woń „wiatru” zmysły do skupienia przywoływała – snadź gdzieś  w pobliżu był a kto wie czy i teraz o krok w gęstwinie się nie czai basior jakowyś lub cała wilcza wataha.
Człek oczy dookoła głowy w takim miejscu mieć musi – a bo to wiadomo z kim mu się za następnym wykrotem spotkać przyjdzie.
Czy na obcego czy na swego wyjść przyjdzie.
Czy człek to będzie czy zwierz.
Czy na jelonka płochliwego czy może na dzika lub niedźwiedzia napaściwego.
A ścieżka kręto się  pomiędzy drzewa wije – to słońce w twarz , to znów plecy grzeje , czasami z prawa a już moment później z lewa przyświeca.
Czasami bór widny i przejrzysty na kroków kilkadziesiąt – często w starodrzewiu bez podszytu żadnego tak że grzyby przeróżne z daleka zdają się przywoływać by je do kobiałki zebrać.
Innym razem pod smrekami w dzień biały ciemno pod nawisem gałęziowego okapu niczym w noc bezksiężycową i złe myśli człeka opadają co najgorsze przywołując opowieści o strzygach i wilkołakach wszelakich w takich miejscach ciemnych się mogących gnieździć.
Tu ścieżka twardo kopytami żubrów i turów ubita a już moment dalej w jamę błotną się zmieniająca – którą to obejść często po chaszczach trzeba żeby w błocku nie utknąć a i w najlepszym przypadku obucia nie zostawić.
Jak taki szlak przetarty trzeba na chwil kilka opuścić i na manowce zejść to dopiero uciecha – tfu.
Tu jakiś wykrot paprocią okryty – czort wie co na dnie skrywający – następne bagnisko – a może żmijowisko – trza znów drogi nadrabiać – bo nie wszędy droga  krótsza drogą  lepszą się okazuje.
Tu stare z łońskich roków rzepy niczym psiego ogona portków i kapoty się czepiają a jak je się szczęśliwie ominąć uda to znów wszelkie ciernie jeżyn i róż znów człeka targają odzież rwąc a skórę tnąc do mięsa samego.
Tu przy przekraczaniu starego pnia przeskoczyć go trzeba aby nogi nie wsadzić po udo same w zgniłe próchno – a tam znów śmiało po leżącym pniu przejść można kroków kilkadziesiąt bo grunt stały i pewny pod nogami daje.
Na widnym odcinku raźniej przyśpieszyć można – na ciemniejszym i krętym trza często w przysiadzie oczyma knieję przetrzepywać we wszelkich kierunkach coby niemiłej niespodzianki nie napotkać.
Każdy szmer , trzask gałązki czy odgłos sprawdzonym być musi.
Każdy krzyk ptasząt i każdy szczek koźli.
Każde drzewa o drzewo zaskrzypienie – każde kopyta tupnięcie i każda sójcza podpowiedź.
Czasami świadomie trza ze szlaku zboczyć by niewidzianym innych obserwować lub by rozeznać cóż tam się dzieje i dlaczego leśny dziadek naszą uwagę na tym miejscu przykuwa.
A jest czasami na co popatrzeć.
Jak to ptaszyna maleńka głosem wielkim tak swe uczucia wybrance chce przekazać iż cały las jego teatrem bywa.
Innym razem ledwie narodzone krapiate cielątko słaniając się na patykowatych nogach pierwszego ssania próbuje zakosztować ogonkiem mieszając radośnie.
Bywa że lisięta czy kuny przy jamie podpatrzeć się uda – jak maluchy słońca a życia ciekawe rozbijają się kotłując pomiędzy sobą i kto mocniejszy przekonać.
Czasami z konaru jakiego bezpiecznego stado żubrów czy dziczą rodzinę podpatrywać się nadarzy – tu pasiate sukienki prosiaków tam jasne sukienki cielaków.
Oj łaskawy czasami ten dziadek leśny oj łaskawy – choć czasami jak zły nie wiedzieć na kogo i za co to człek nic dojrzeć nie potrafi – tak jakby kto zasłonę jakowąś rozpostarł lub zwierza wszelakiego z boru wygonił.
Bywa że na brzegu ruczaju czy oparzeliska zliczyć nie można ile przeróżnych motyli , ważek i innych piękności skrzydlatych się zabawia.
Czasami nadleci takie maleńkie cudeńko i na ubiorze czy broni usiądzie bądź na zielu nieopodal oczu – tak jakby chciało zawołać – patrz – to ja – taka mała istota i bezbronna – ale wiem że mnie nie skrzywdzisz – bo i poco.
Oczu nie można oderwać od takiego klejnociku – a ledwie odleci już cały misterny malunek skrzydeł zamazanym się staje bo na czym innym wzrok skupić trzeba.
Tu nigdy bezpiecznym być nie można – czasami nie tyle niedźwiedź czy tur co zwykła gęś wrzasku takowego narobi a skrzydłami w obronie maluchów tak nogi i głowę poobija że wstyd się z takowej przygody komukolwiek pochwalić.
A człek bogu ducha winny – jedynie że nieostrożny a przeto na kpiny wszelakie narażonym być może.
Zaraz jakoweś głupie przezwisko przyłatają i ni jak od niego opędzić się nie będzie można że niczym koszula do ciała przyrośnie.
Kiedyś takową przygodę przeżyłem.
Zwierzyna płowa miała popas nad ruczajem i tak zmierzwiła młodą trawę na linii wody i lasu że młode gąsiątko łapkę w pętlę włożywszy utknęło całkowicie w pół wisząc – w pół tonąc w wodzie – im więcej się szamotało i krzyczało tym bardziej trawiaste okowy w nóżkę się wpijały.
Już cały bór wiedział że maluch ma problemy a jego minuty policzone – bo od razu każden mięsożerca na darmowy poczęstunek się pisał.
Jako że mnie dziadek w te ostępy zawiódł – widać w celu pomocy maluchowi – więc słysząc co się dzieje rychło z pomocą podążyłem.
Mały się szarpał w przerażeniu – matka zostawiwszy po szuwarach resztkę czeredy w akcie matczynej miłości na ratunek ruszyła sycząc i dziobiąc mnie po całym ciele ostrymi pazurami drapiąc a skrzydłoma niczym cepami piorąc.
Trwało to chwil kilka – zanim żem prawie że po omacku malucha uwolnił bom oczu bał się otworzyć głowę w odwrotnym kierunku odwracając żeby mi twarzy nie podrapała bądź co gorsza oczu nie wybiła.
Odskoczyłem w tył trzymając malucha w dłoniach – fakt – małe to było i lekkie niczym puszek z gniazda w którym się wylęgło – nawet łaska by się tym nie pożywiła.
Obejrzałem nóżkę – lekko podpuchnięta była – widać że długo w trawiastym areszcie nie tkwiła – uśmiechnąłem się dmuchając lekko w dziobek niesfornemu berbeciowi powiedziałem kilka słów przestrogi – uważaj na siebie – ja zawsze w pobliżu być nie mogę i delikatnie do wody włożyłem głową w kierunku matki ustawiając – tak żeby wiedział dokąd zmierzać.
Pomknął jak szczała z cięciwy puszczona , a pora była już ku temu najwyższa bo matka ku mnie z nowym atakiem ruszała.
Odskoczyłem lekko w tył – pomny ostatniego łajania i chłosty jaką dostałem.
Matka przemierzyła odległość do brzegu piorunem bez mała pomijając swoją latorośl – wyhamowała głośno jeszcze łajając mnie za pomoc okazaną – tak jakbym to ja te pęta na gęsięta co najmniej uszykował , strzepnęła piórami już  się uspokajając i marudząc jeszcze młódź z oczeretów poczęła przywoływać.
Sypnęło się tego coś około tuzina a może i więcej – bo zliczyć tego niepodobnym było jako że tałatajstwo tak dokazywało to nurkując to się nawzajem goniąc bądź za muchami szyje wyciągając że rzekłbyś – żywe srebra na wodzie dokazują.
Pewnie nie jeden w gąszczu skryty lis czy inny myśliwy splunął złorzecząc ludzkiej istocie że sam nie dość że nie zjadł to i innemu obiadować nie pozwolił – ale cóż tak – widać czemuś ta lekcja służyć musiała skoro mnie właśnie się przydarzyła.
Złodziejaszki z Mykitowego plemienia doskonale mnie znali i wiedzieli że lepiej się pod moje dłonie nie zapędzać boć bolesne to może być spotkanie.
Kiedyś jeden obwieś zaskoczył przy brzegu kaczuchnę młode wiodącą i choć one zdążyły się rozpierzchnąć i po dziurach zapaść to rodzicielkę rabuś dopadł i tak ułapił że ani skrzydłem ani dziobem bronić się było niepodobnym – gdyby chociaż kark jej skręcił – byłoby po sprawie – ale on zdawał się życiem branki zabawiać – pewnikiem młodym do nory chcąc dla nauki żywego ptaka dostarczyć.
W tym rozgardiaszu tak się zapamiętał że ani mojej obecności nie zauważył – poznał za to smak drzewca mojej włóczni na swoim zadzie – brankę puścił a sam skowycząc w krzewy co rychlej zmiatał.
Kaczyna nie czekając na rozwój wypadków w kierunku wody też zmiatała pióra jeno na drodze zostawiając i krzycząc.
Po chwilce plusk wody oznajmił że szczęśliwie do krainy topielisk udało się jej powrócić.
Podeszłem jeno na skraj oparzeliska – ale spokój już na wodzie zapanował i cisza – wszystko pochować się zdążyło a część pewnie jeszcze nie wyjrzała na światło dzienne po napaści lisiej.
Uśmiechnąłem się i znów poszedłem dalej – tam kędy mi drogę Leśny Dziadek podpowiedział.
Jakiś dziwny stan błogości mi towarzyszył – rad byłem żem ten marny żywot uratował – nie żebym ptasiego mięsa nie lubił – o nie.
Lubiłem tak gęsinę jak i kaczki – ale świadomość miałem że bez mojej pomocy te wszystkie maleństwa nie doczekały by dalej jak do dnia następnego – a tak pod baczną opieką matki miały szansę spotkać się z moją strzałą kiedy podrosną i będą mogły spłacić dług wdzięczności za dzisiejsze ocalenie życia.

Jan Józef Łoziński

Miłego wieczornego odpoczynku życzę pozdrawiając serdecznie a za potencjalne komentarze choćby na Facebooku serdecznie będę wdzięczny

Ozimek 2013-12-21