poniedziałek, 16 grudnia 2013

PIWNY SUFIT 2011-06-02

Dziś dzień był piękny i zupełnie niepodobny do tego opisanego poniżej ale tak jakoś mi się skojarzył mimo woli
Dzisiejszy dzień odpowiada kwietniowi 2014 o ile oczywiście wróżba się spełni a z tym różnie bywa - a już ostatnimi czasy to całkiem w loterię się zmienia.
Więc proponuję włączyć nieśmiertelny kawałek Nancy Sinatra i Lee Hazlewooda i spróbować się z moim tekstem .

http://www.youtube.com/watch?v=mQiDs9tKZv4



PIWNY SUFIT     2011-06-02


Malowanie potężnej kuchni , swojskie piwo które wylądowało w garnku kapuśniaku , ostatnie dwie butelki w rozklekotanym „Lublinie” , sufit w świeżo pomalowanej kuchni ochlapany moim piwem

Dzień pochmurny i nieciekawy a ja jak zwykle musiałem te swoje naście kilometrów z pocztą wykonać.
Tu Gromada Rolnik Polski tam Gospodyni , tutaj znów Przyjaciółka a tutaj Trybuna Ludu – czasami jakiś Świerszczyk czy Płomyczek dla dzieci – ale najczęściej listy i przekazy.
Były to czasy kiedy konto to miał w banku jedynie ten kto miał walutę i żeby uniknąć problemów z milicją to musiał wykazać legalność dolarów czy marek.
Zwykli ludzie renty czy emerytury dostawali od listonosza na przekaz ,lub dla niektórych były też tak zwane zasiłki jednorazowe z opieki społecznej.
Nazywały się jednorazowe – ale dostawali je co miesiąc i za każdym razem do tego było pismo o przyznaniu takiego zasiłku na kartce formatu A4 – prawie zawsze dostawali ci sami.
Wypłaciłem już kilka przekazów i trafiłem do następnej wioski – deszcz zacinał więc każde zaglądnięcie do czyjegoś domu było chwilką odsapnięcia i wytchnienia jednocześnie – a potem znów na ziąb i deszcz.
W kolejnym domu gospodyni była w kuchni – ogromnym pomieszczeniu które mogło mieć nawet około 100 metrów kwadratowych – jak się domyślałem kiedyś mogła być tam kuchnia z jakiegoś dworu czy majątku – po naszej stronie raczej nic w pobliżu takiego nie było – ale po czeskiej stronie był zamek , wiec pewnie i budynki gospodarcze mogły do niego należeć.
Całe pomieszczenie było zachlapane wapnem a gosposia na drabinie właśnie kończyła bielić sufit.
Rąk już nie czuję – a ramiona i krzyże tak mnie bolą że mało się nie wykończę – ale już trzeba było pobielić bo jak w stajni jakiej czy u cyganów wyglądało – przez ból się uśmiechając powiedziała.
Zostawiłem co miałem zostawić chwilkę jeszcze o tym i tamtym gawędząc i znów na dwór wyszedłem by następnych papierzysk i kasy z torby listonosza się pozbyć.
Komarka miałem popsutego więc pedałowałem sobie spokojnie po rejonie na rowerze typu „składak”
Coraz mniej tych szpargałów – ale nawet sama duża torba skórzana nie licząc obszernego płaszcza przeciwdeszczowego stanowiły dużą przeszkodę w jeździe zwłaszcza pod wiatr – dlatego większość drogi pod górę przebywałem na piechotę jedynie rower prowadząc.
Dotarłem na pocztę – rozliczyłem się z przekazów i tego co mi zostało niedostarczone i ruszyłem do domu – to jedynie dwa kilometry – ale prawie cały czas pod górkę.
Ciągły kapuśniaczek doskwierał najbardziej wtedy gdy podmuchem wiatru niesiony smagał moją nieosłoniętą twarz co przy bezlistnej jesiennej pogodzie stwarzało jeszcze dramatyczniejszą atmosferę niż była naprawdę.
Na wsi prawie nikogo nie było widać – taka pora i pogoda – nie ma co się dziwić , psa z kulawą nogą żal byłoby z domu na tą pluchę wygonić.
Ale czasami te psy które gdzieś przy budach na łańcuchach były uwiązane się odezwały podając dalej w górę wioski wiadomość innym że swój do wioski wjechał i wiadomość ta tylko innym szczekaniem potwierdzona milkła w dali.
Jak nadjeżdżał mój kolega po fachu to jeszcze nie było słychać Komarka a już rejwach był taki podniesiony na wiosce że po akcencie ujadania było wiadomo że to Mietek się do wsi zbliża lub nawet w niej jest – jakoś tak go „lubiły” że nie wiedzieć czemu zaskarbił sobie ich nienawiść – no ale ponoć zwierzęta na ludziach się znają – jak to starzy mądrzy ludzie mawiali.
W bramie powitał mnie burek radośnie skacząc wokoło i ciesząc się z mojego powrotu kiedy ja rower do stodoły chowałem.
W domu było sucho ciepło o przytulności już nie wspominając.
Szybko się przebieraj bo obiad czeka a ty na pewno jesteś głody – powiedziała moja mama dodając – a dziś na obiad kapuśniak , taki jak lubisz z fasolą.
Zaraz się w suche ciuchy przebiorę i tylko do zwierzaków zajrzę a potem do obiadu siadam – teraz tak szybko robi się ciemno że po nocy do królików zaglądać nie będę czy gołębi.
Szybki patrol po królikarni , tu dodać siana tam dołożyć jakiegoś buraka czy gotowanego ziemniaka lub owsa dosypać.
Gniazda posprawdzać z młodymi czy wszystkie króliczęta żywe i dalej do pasieki sprawdzić czy jakieś pająki sobie sieci na wylotach nie uprzędły i czy daszki deszczu nie przepuszczają – stwierdziwszy że wszystko gra do kurnika jeszcze zajrzałem wcześniej małą przechadzkę po brzegu ogrodu robiąc bo głębiej po glinianych ścieżkach sensu iść nie było bo zaraz by całe buty i spodnie były brudne.
Teraz jeszcze gołębnik gdzie chwilkę z ręki ptaki pszenicę mi wybierały przy okazji na ręce i ramiona mi siadając – i już schodziłem na dół do kuchni gdzie naburmuszona z lekka mama mnie ochrzaniała że głodny łażę a obiad prawie zimny.
Przy piecu kuchennym cieplutko było a pod blatem jeszcze wesoło hałasował płomień po patykach świerkowych skacząc i co chwila z większym lub mniejszym trzaskiem sęki do strzału zmuszał jednocześnie na ścianie lub suficie cienie różne i blaski wyświetlając.
Burek pomerdał ogonem na przywitanie i położył się przy moich nogach a pod piecem na podłodze obydwie kotki drzemały.
Umyłem ręce i wziąwszy przygotowany przez mamę talerz wspaniale pachnącego kapuśniaku nalałem  prawie po brzegi talerz zapełniając gęstą zupą z kiszonej kapusty na żeberku wieprzowym pachnącym bo wędzonym na drewnie bukowym – wciągnąłem zapach od razu o całodziennym ziąbie i słocie zapominając – całości dopełniała biała fasola osobno na sypko ugotowana a potem przez durszlak przefasowana do płynu tak że do zjedzenia sama pulpa fasolowa została bo łupki wyrzucone jako zbyteczne były.
Głodny byłem więc szybko się z zawartością talerza uporałem i dokładkę sobie wziąłem – od razu inaczej na życie i trudy jego codzienności spoglądając – a nawet uśmiechem zadowolenia lica pokrywając.
Zjeść jeszcze to co zostało – e chyba zostawię sobie jeszcze do podgrzania za jakąś godzinkę – teraz może bym spróbował tego piwa własnej roboty co go tak chłopaki chwalą.
Nie jestem piwoszem –ale skoro tyle tego nawarzyłem a zostało jedynie trzy butelki to może powinienem spróbować żeby chociaż świadomość smaku tego co stworzyłem poznać.
Przyniosłem butelkę – starą , półlitrową na zamknięcie drutowe z gumką i postawiłem na kredensie przy którym na krześle usiadłem – butelka w dłoń i szczekające otwarcie zamknięcia z jednoczesną eksplozją płynu w górę – ułamki sekundy – płyn odbija się od sufitu i wpada do nieprzykrytego garnka z kapuśniakiem – cholera jasna – z tym kapuśniakiem który tak mi smakował – a niech to szlag , zakląłem szpetnie.
Co się stało wołała mama nadchodząc z pokoju gdzie telewizję oglądała a eksplozja bąbelków w piwie była tak donośna że aż tam słyszalna.
Odstawiłem butelkę pełną piany na blat kredensu i łudząc się nadzieją iż nie jest tak źle zajrzałem do zupy – było posprzątane – piwo na domieszkę z wapnem z sufitu zalało cały blat kuchenny sycząc na rozgrzanych płytach stalowych i wszystko co na nim było piwskiem zlane musiało być.
Zapach zrobił się dziwny i niezbyt ciekawy a na dokładkę z góry ciągle skapywały krople piwne.
W butelce piana opadła i pozostało może z dosłownie centymetr a może z półtora płynu – zaczęliśmy sprzątanie – cały wesoły nastrój który mnie wcześniej  opanował prysnął niczym bańka mydlana i nawet nie tyle konieczność malowania kuchni co żal za kapuśniakiem mnie dobijał.
Dobre kilkadziesiąt minut trwało sprzątanie bo ciągle jeszcze gdzieś odnajdowaliśmy rozlane resztki złocistego płynu.
 W końcu mama znów poszła do pokoju a ja coś czytać zacząłem kiedy znajomy dźwięk silnika usłyszałem za oknem i hamowanie starego gruchota przed wejściem w zakręt by pod naszą bramę podjechać – jeszcze Leszka musiało tu przynieść pomyślałem ze złością nie rad że moja głupota przy otwieraniu butelki na jaw wyjdzie – a chwalić się niestety nie było czym.
Po chwili silnik przestał ryczeć i dało się słyszeć pukanie do drzwi wejściowych – otworzyłem a moim oczom ukazały się rozbawione gęby dwóch kolesiów – porządnie wstawionych i jedynie szeptem przepraszających za najście i pytających czy aby czasem nie zostało mi coś z tego dobrego piwa.
Zostały mi jedynie dwie butelki – ale u mnie go pić nie będziecie bo gości się spodziewam więc dać go wam mogę na drogę – szybko rozmowę uciąłem aby następne piwo na suficie mi nie wylądowało a oni czasami w kuchni wcześniejszych zajść dojrzeć nie mogli.
Nie ma sprawy – tylko dawaj a my się już zbieramy bo i tak późno jest a w domu opieprz od ślubnych ich czeka.
Butelki wylądowały w przepastnych kieszeniach płaszczy i znikli w ciemnościach mokrej nocy choć długo jeszcze było słychać tak silnik jak i skrzypienie starych resorów.
Zmęczony całodzienną marszrutą wreszcie trafiłem do łazienki i do ciepłego wyrka.
Sen jakiś miałem który mnie na zupełnie inne tory myślenia wprowadził i o wszystkim co się przydarzyło dnia wczorajszego z lekka zapomniałem.
Znów poranne obrządki na szybkiego wśród zwierzaków – własne śniadanie i poprzez kolejne fale deszczu na pocztę po kolejną porcję gazet i przekazów do rozniesienia.
Szło całkiem znośnie i nawet lekko się rozpogodziło przestając „żabami z nieba rzucać” – jak to mawialiśmy z przekąsem  - jechało się całkiem całkiem jak na tą pora roku – nawet wiatr przestał dokuczać.
Przekaz – jeden drugi – gazeta – tam list od chałupy do chałupy.
Wchodzę do wczoraj bielonej kuchni i co widzę – pół sufitu w brudno brązowych niczym mocz plamach – o kurcze pomyślałem – przecież Kazik dostał wczoraj ode mnie piwo – i to ani chybi są skutki jego otwierania.
Spuściłem głowę udając że nie zauważyłem tego ornamentu szczególnego na sklepieniu i kombinowałem jakby tu najszybciej smyknąć na zewnątrz wiedząc że gospodyni jest zawsze skora do rozmowy.
Zobacz!
Zobacz krzyczała – co te mendy społeczne mi zrobiły – a łzy w jej oczach i łamiący się głos wskazywały jak była zrozpaczona .
Dostali od kogoś jakieś piwo i cholera cały sufit zasrali – żeby jeszcze tego drugiego nie otwierali to było by mniej szkód – a oni jeszcze więcej nasycili.
Jakbym dorwała tego co im to dał to nogi z dupy bym powyrywała – krzyczała wściekła.
Tyle roboty ! Tyle roboty ! szlochała i wszystko jeszcze raz trzeba skrobać i malować.
Pożegnałem się i najnormalniej uciekłem z miejsca karygodnego czynu – na tak myślałem.
Skoro u mnie tak walnęło to jak oni jeszcze w tym gruchocie wytrzęśli dopiero po tych polnych i leśnych drogach na skróty i to dopiero pieprznęło.
Teraz szukałem  winowajców tego czynu – ale nigdzie ich znaleźć nie mogłem – przejechałem Krasne Pole , Chomiążę i nic – ani na drodze , ani pod sklepem.
Jak tu wybrnąć z tego zamieszania – nigdy nie lubiłem być wytykany paluchami – a już zwłaszcza kiedy nie moja to była wina.
W Pietrowicach wreszcie mi się poszczęściło – są i to obydwaj.
Piją piwo pod sklepem.
Wołam ich i pytam jak wczoraj było.
Zaczynają się przyznawać co zrobili – a ja ich do muru dociskam .
I co teraz ?
Ja bogu ducha winien opieprzony zostanę a wy będziecie wybieleni?
Nie Martw się nic – tylko się nie przyznawaj że to od ciebie wołali na wyrywki – i nie gniewaj się że tak to się skończyło.
Kułem żelazo póki gorące.
Jak wy tak robicie to ja więcej żadnego piwa ani wina wam nie dam – powiedziałem.
Przebłagiwali mnie dłuższą chwilę żebym się nie gniewał i nikomu nic nie mówił – a na zakończenie zgodnie stwierdzili że piwo robię super – i żebym go robił dalej tylko oni już w mieszkaniu otwierać go nie będą.
Ulżyło mi choć finału pewien nie byłem – ale po następnej wizycie w piwem malowanym domu przekonałem się że chłopaki mnie do trójcy winowajców nie podali – co mnie zresztą do dziś cieszy i ilekroć o tych dniach wspomnę – uśmiech na mojej twarzy się pojawia.

Jan Józef Łoziński

Miłego wieczoru życzę mniemając iż nie zanudziłem Was zupełnie pozdrawiający serdecznie
Ozimek 2013-12-16