piątek, 3 stycznia 2014

WYPRAWA 2011-05-25 II

Dziś coś dziwnego się wydarzyło na moim blogu .
Wstawiłem gdzieś życzenia noworoczne pod fotką z napisami chyba chińskimi dodając adres bloga - i - zaczęły pojawiać się wejścia z Hongkongu Makao i innych stron.
Dodałem też komentarz pod filmem ze strony
 http://vottakiepirogi.ru/vipechka/kak-sdelat-vkusnyie-plyushki-ili-novyie-plyushki-osminozhki
i zaraz miałem odpowiedź pod komentarzem i wejście z Rosji.
Po 20:30 dzisiejsze odwiedziny wyglądały tak

Liczba wyświetleń według kraju

Wykres najpopularniejszych krajów wśród przeglądających bloga
WpisLiczba wyświetleń
Hongkong
38
Polska
10
Tajwan
9
Makau
3
Stany Zjednoczone
3
Niemcy
1
Rosja
1



A za cały tydzień tak

Liczba wyświetleń według kraju

Wykres najpopularniejszych krajów wśród przeglądających bloga
WpisLiczba wyświetleń
Polska
73
Hongkong
38
Stany Zjednoczone
25
Niemcy
9
Tajwan
9
Serbia
7
Makau
3
Rosja
1


Razem mam już wejść
Liczba wyświetleń dzisiaj
67
Liczba wyświetleń wczoraj
23
Liczba wyświetleń w ostatnim miesiącu
586
Łączna liczba wyświetleń
626


Ale przecież nie o to chodzi - tylko o to żeby blog był na tyle ciekawy żeby czytelnicy chcieli tu wracać - czy ten warunek uda mi się spełnić?
Czas pokaże.
A dziś druga część wyprawy .


WYPRAWA    2011-05-25 II

Królowa matka.  2011-05-25 /  2011-05 - 26


Dotarłszy do wodnej przeszkody którą był strumyk z pagórków delikatnie spływający – ostrożnie rozejrzałem się po otwartej tu przestrzeni.
Oczy strzelały dookoła badając każdy krzak i kępę sitowia każdą-wyszedłem nad wodę i znów omiotłem wszystkie strony wzrokiem – nie znalazłszy niczego niepokojącego ruszyłem ku następnemu brzegowi.
Przeskoczyłem wąski w tym miejscu strumyk i poszedłem piaszczystą łachą w górę jego biegu i dalej na lewo od koryta na pagórki gdzie dołem dopiero życie odradzać się zaczynało po pożodze wielkiej która spustoszyła ten rejon boru zaledwie dwa lata nazad.
Dołem jeszcze masę popiołu leżało bo las to był gęsty i stary więc i gałęzi miał ogień do pochłonięcia pod dostatkiem.
Co potężniejsze drzewa zostały stać gdzie niegdzie niczym wieże jakowe czy punkty strażnicze – okopcone , z połamanymi czubami bądź z grubszymi jeno konarami na których czasami jastrzębie bądź orły  odradzający się rewir patrolowały z wyżyn zdobyczy wypatrując.
Pył siwy spod nóg się lekkim obłoczkiem unosił – wszędy znać było ślady racic i łap , które wyraźny ślad tu zostawiały.
Wokół tak specyficzny dla pogorzeliska zapach niczym z wędzarni się unosił – a czego by się nie tknął – trudny do zmycia ślad smolny zostawiało.
Przykucnąłem przy ścieżkach we wszystkich możliwych kierunkach świata wydeptanych bez ładu i składu i począłem tą księgę lasu czytać.
Tędy przeszło stado żubrów zapewne – bo ślady szerokie i jakby oklapłe były.
Tu lekkie ślady łap wilczej watahy znać było – jeno rozeznać nie można było ile sztuk tędy przeszło jako że szły ślad w ślad za sobą – zwykła to wilków praktyka kiedy jeno się przemieszczają nie polując.
Wtedy w szyk się rozciągają i zwierza upatrzonego od tyłu jedynie goniąc bez pośpiechu już swoje boczne sztuki w przód niczym ramiona do objęcia wysuwają by w nie ucapić nieświadomego taktyki roślinożercę – i rzadko kto z takiego objęcia z życiem uchodzi – choć i takie cuda w tej leśnej krainie się zdarzają.
Obok masę śladów drobnicy borowej – tu pewnie jakowyś szarak sobie kicał – no tak nawet ślad swojej bytności pozostawił objadłszy świeże pączki młodziutkiej brzozy i bobków swoich też garść pozostawił – widać nie niepokojony dłuższą chwilkę tu przesiedział.
Te różne patykowate ślady to jakoweś kuropatwy czy jarząbki pozostawiły – te większe to może głuszec lub cietrzew – któż by tam je od siebie rozróżnił tak z pamięci.
A może i jakowyś kruk tu szczęścia szukał – któż to poza leśnym dziadkiem wiedzieć może.
Omiotłem znów wzrokiem okolicę i podniosłem się by kilka kroków postąpić dalej.
Znów przykucnąłem nowymi znakami w popiele odciśniętymi zainspirowany.
Ten ślad samotny , mocno odciśnięty i świeży  na niedawną wizytę w tej świątyni ciszy wskazywał.
Samotny tur – stary samiec pewnie – ślad racic bardziej szpiczasty i węższy niż żubrzy – mocarna sztuka być musiała – ślady szeroko rozstawione na wiarę w swoją moc wskazywały.
Przemieszczał się powoli – zapewne wierzchołki odrostów oskubując – w dolinę się ku moczarom przemieszczał – zapewne bagiennych kąpieli spragniony – wszak nic lepszego na kleszcze i inne robactwo o tej porze roku nie ma – a i skwar staje się znośniejszym i komary mniej dokuczliwe.
Znów badanie okolicy – tu na wzniesieniu niczym na tarczy strzelniczej w oczy się rzucać mogłem swoją obecnością wzrok obserwatora przyciągając – trza być ostrożnym – wszak licho nie śpi.
Odradzająca się roślinność cieszyła oczy soczystością zieleni jasnej czasami w żółć przechodzącej – a czasami oczy przyciągały rozkwitające tu i ówdzie kwiaty – niby śmierć miała żniwo swoje a już matka natura nowy dywan tkała na ten straszny teraz plac zmagania płomieni z życia czcicielami.
Na wzgórzu cisza jakaś niezmierna mnie dosięgła – z dala jedynie słychać było ptasie trele które z ocalałego boru dochodziły.
Tam szczebiot szczęśliwy a tu cisza grobowa.
Przestałem przypatrywać się śladom i postanowiłem szybciej opuścić przestrzeń otwartą – tak będzie bezpieczniej pomyślałem.
Jeszcze tylko raz przycupnąłem nad śladem olbrzyma leśnego – pazury długie i łapska potężne – bezsprzecznie lepiej takiego towarzystwa unikać.
Na szczęście miś szedł w zupełnie innym kierunku niż ja – więc była nadzieja że się nasze ścieżki nie przetną.
O tej porze roku niedźwiedzie raczej spokojnie nastawione były i niezaskoczone raczej od ludzi trzymały się z dala.
Wszedłem w pierwsze szeregi ocalałej dąbrowy – trochę okopconych gałęzi i częściowo opalonych pni które szybko młodymi gałązkami wiosna starała się niczym sukienką nową okryć.
Tu harmider wiosenny trwał już w najlepsze – kto mógł to wychowywał młode lub jaja wysiadywał lub jeszcze karmiąc młode już na następne jaja siadał pierwszy lęg do opuszczenia gniazda szykując.
Tu coś przeleciało – tam coś zaśpiewało, tu motyl – tam ptak.
Tu nagle po krzyku zdławionym niespodzianym atakiem cisza nastawała – ale zaraz wszystko do dziennych zajęć powracało.
Teraz przedpołudniem coraz rzadziej takie ataki miejsce miały – raczej nocą i tuż nad ranem to częściej nadrzewni łupieżcy gniazdujące ptaki dusili – teraz skwar w swych dziuplach i norach przesypiali na następną wyprawę łupieżcą już się zamyślając wybrać.
Gdzieś niedaleko odezwała się kukułka – w dali odpowiedziała następna – nie wiedzieć czy to ptak czy echo w dali odpowiada.
Na nieboskłonie krakanie się rozległo – nie sposób dojrzeć czy krucze czy orle – dębowe gałęzie skutecznie oddzielały niebo od ziemskiego padołu.
Wkraczałem na obce nie znane mi połacie boru – jeszcze tutaj nigdy nie byłem.
Nie wiedziałem co mnie tutaj czeka – jak daleko dąbrowa się ciągnie – czy bagniska są poza nią czy może następne wzgórza unoszą ją ku niebu.
Może jakieś polany lub zgoła stepy się przed moim wzrokiem rozciągać będą.
A może jałowe skały się ukażą poprzecinane bezdennymi zdałoby się przepaściami.
Ale najwidoczniej jakieś tajemne moce trzymały ludzi z dala od tych uroczysk bo nikt jakoś się tu nie zapędzał i o tych miejscach nigdy żadnej opowieści ni to złej ni dobrej nie słyszał.
Wiadomym było że przeciwległa dla osady połać boru niosła wszelakiego dobra pod dostatkiem i wszyscy tam na łowy i zbiory się wybierali – ale zbyt ciasnawo się tam robiło i zbyt gwarnie, wszędy rywalizacja o to kto pierwej co zbierze i sąsiada ubiegnie.
Z tamtej strony do grodziska starego szlak był przetarty , a z tej jedynie jałowe piaski i oparzeliska a bagna się rozciągały.
Po cóż ktoś miał się tu wybierać skoro czas szkoda było na niepewne wyprawy tracić – lepiej było na pewnym a owocnym miejscu się zasadzać.
Ale ktoś w końcu i ten zapomniany kawałek musiał zbadać.
Całkiem po owej pożodze znikło zainteresowanie tym kierunkiem-ale ja jakimś podszeptem wewnętrznym omamiony postanowiłem spróbować.
Półmrok panował w dąbrowie – potężne pnie zasłaniały widok co kilkanaście kroków i kluczyć pomiędzy nimi trzeba było a dobrze się rozglądać żeby w koło nie zacząć za własnym ogonem podążać.
Jedynie mech porastający pnie pozwalał kierunek zachować.
Czasami trzeba było wiele drogi nadkładać  kiedy olbrzym leżał poległy nie wiedzieć czy od starości czy od pioruna niebiańskiego.
Przechodząc obok znacznych olbrzymów suchą gałąź lub konar nieznacznie o pień opierałam grubszym końcem do ziemi – tak coby na naturalny opad wyglądało dla oka niewprawnego – ale żebym ja drogę odnaleźć potrafił.
Sięgałem czasami do torby by suszone owoce wyjąć i powoli smakować – na dłuższy odpoczynek czasu szkoda było – trzeba było się zdecydować – czy iść dalej czy zawrócić póki jeszcze za dnia do znajomych ostoi wrócić na nocleg można.
Czasami po kobiercu mchów iść przyszło – grubym i miękkim niczym śnieg świeżo naprószony ponową , ale o wiele milszy w dotyku bo niemrożący .
Z takiego mchu to posłanie byłoby przednie , wypocząłby człek kości prostując – nie to co w kucki gdzieś na drzewie zziębnięty i przez robactwo pokąsany.
Nagle coś w głowie zajaśniało niczym myśl w ucho wyszeptana – a jakby tak na takim rozrosłym mocarzu , wysoko w koronie czatownie zrobić – od Bestyj się wysokością oddzielić a samemu mieć suchy i bezpieczny sen.
Brzmi rozsądnie – zwłaszcza że najwyższy czas decyzję podjąć – wracać czy zostać.
Trzeba jakąś platformę szybko w konarach zmajstrować – a jutro dalej badać uroczysko w onej wysepce na dębie mając pewne oparcie.
Tylko gdzie będzie najlepiej?
Rozpoczął uważne badanie dąbrowy pod kontem osiedlenia.
To ma zbyt nisko konary – zbyt łatwy dostęp – o to o wiele lepszym się wydaje.
Ale tam wydaje się być ciekawiej bo jakoś przestrzeni więcej i zieleni z kwiatami – czyżby prześwit jakowyś słoneczny.
Podszedłem bliżej i oczom moim ukazało się małe źródełko spomiędzy kilku kamieni wypływające i cichutko spływało po innych mchem porosłych kamulcach w dół lekkiego zbocza klucząc pomiędzy korzenie i pnie drzew a znikając nie wiedzieć gdzie gdzieś w oddali.
Kwiecia nieco tutaj rosło a na nim pszczoła nektaru szukała przenosząc się z jednego kwiatu na drugi – czyli barć lub nawet barcie w pobliżu być powinny.
Jak je znajdzie to zaraz będzie wiadomym czy do kogo należą czy też dzikie i bezpańskie są i do przysposobienia dla mnie się nadadzą.
Zaczerpnąłem garść wody – zimna była , ale bosko zadziałała na moje członki jakieś rozluźnienie w nie wlewając.
Przycupnąłem obok kawałek podpłomyka wyjąwszy i posilając się nadal szukałem miejsca na osiedlenie.
Na mchu woda się lekko błyszczała a na niej coś się ruszało.
Przesunąłem się bliżej – ale to coś odleciało.
Nimfy leśne czy jakie inne czary.
Znów coś podlatuje.
A – już wiem – to pszczoły po wodę przybywają.
Czyli i barć sama też gdzieś blisko być musi.
Jest i następna.
I jeszcze jedna – silna rodzina być musi bo dużo ich do ruczaju przybywało niczym do świątyni jakiejś.
Zacząłem je odprowadzać wzrokiem i wiedziony ich ścieżką oczy na dęba skierowałem , uśmiechając się z zadowolenia.
Ten mi przypasuje.
Potężny – pierwsze konary wysoko i rozłożyście strasznie.
Woda tuż pod nosem i kto wie czy barci właśnie na nim nie ma.
Rozwinąłem rzemienne liny i zacząłem przepatrywać kędy by się na owego króla lasu dostać.
Obszedłszy go dookoła z zadowoleniem brak rzezu znacznego odebrałem.
Tak sam zresztą jak brak rysów pazurów niedźwiedzich czy rysich.
Znaczy to że ani człek ani zwierz do onego drzewa praw żadnych rościć nie powinni.
Rzut powrozem w górę – nie trafiony.
Drugi rzut.
Udało się  - uchwyciłem rzemienie oburącz i pomagając sobie stopami na pniu opartymi rozpocząłem wspinaczkę – nie bez trudu – ale wreszcie siedziałem okrakiem na drzewie.
Chwila odsapki i zostawiwszy część balastu w postaci łuku i oszczepu ruszyłem w górę.
Jak to na starych drzewach – sporo dziur różnych i dziupli.
Sporo gniazd z których rodziciele wystrzeli wywali w ostatniej chwili nieźle czasami mnie zastraszając.
Szum słychać było niewyraźny u góry – chyba pszczeli – ale może to wietrzyk figla mi płatał.
E – jednak to pszczoły – ciekawe jak bojowo nastawione – może uciekać nie nadążę jak mnie osiądą.
Coś złowieszczo warcząc przesunęło obok mnie aż się wzdrygnąłem.
To odgłos skrzydeł szerszenia tak mnie zaniepokoił – czyżby napad na barć.
Wspiąłem się ostrożnie jeszcze wyżej – jaśniej już tu było i słońce widocznym było pomiędzy liśćmi.
Zaglądałem za gniazdem żeby czasami pyska nie wystawić tuż obok lub co gorsza dłonią w sam otwór nie trafić – oj bolało by oj bolało.
Powyżej ruch panował wielki i zamęt – kilka szerszeni kręciło się wokół wylotu dziupli i co chwila przysiadały obcinając głowę najczęściej broniącej wejścia pszczole i znów wznosił się w powietrze i znów atakował – czasami wywiązywała się bójka gromadna – kilka pszczół uderzało na szerszenia – ale on zabijał je wszystkie po kolei a ich ciała spadały na szeroki konar poniżej – a było ich tam już sporo.
Liczyłem rudo żółte kostuchy – dwa , pięć , siedem , tuzin.
Takiego ataku moja barć nie wytrzyma – trza robotnicom pomóc jakoś gniazdo obronić – ale jak?
Jak zbyt blisko podejdę to i mnie się dostanie – trza pokombinować.
Już wiem.
Zsunąłem się pośpiesznie w dół.
Wyjąłem z torby kawał szerokiej trzaski osikowej która mi dostarczała zrzezów na podpałkę i wsadziłem za pazuchę – w dłoń wziąłem drzewce oszczepu i znów do góry.
Akurat na konarze jeden szerszeń mordował pszczołę – odwróciłem oszczep grotem do siebie i końcem wycelowałem w najeźdźcę – przycisnąłem go aż trzask gniecionego pancerza rozszedł się po borze.
Oszczep wycofany a wzrok już szuka następnego rabusia w dogodnej pozycji do odparcia ataku.
Znów drzewce w przód i następny trzask oznaczył w powietrzu kolejne zwycięstwo – a następny najeźdźca kończył w agonii przebierając odnóżami.
Jeszcze tak siedem sztuk załatwiłem – ciągle się zastanawiając kiedy ku mnie swoją agresję skierują.
Nowych napastników nie przybywało – ale te trzy które pozostały do siadania chętne nie były krążąc na odległość ramienia – tak jakby nie świadome tego co ich plemieńców spotkało.
Pszczół nacisło się sporo na zewnątrz wylotu i szumiały a krążyły próbując napastników dopaść – część biegała po pniu jakby szukając miejsca skąd zagrożenie przyjść może – a inne jak gdyby nigdy nic dalej wylatywały po nektar bądź z nim powracały do gniazda.
Jeden napastnik jakby zaciekawiony podfrunął w moim kierunku – zobaczymy czy się uda – zamach i mocne praśnięcie deseczką o pancerz – i już owad odbija się od pnia i spada bezwładnie ku ziemi.
Udało się – jeszcze dwa.
Po chwili jeden przysiada na martwych pszczołach zapewne chcąc choć część łupu do gniazda zabrać – mocne klapnięcie deseczki i od razu dociśnięcie bokiem kanciastym zakończone chrzęstem pękającego odwłoka.
Zostaje jeszcze jeden – pszczoły krążą już wokół mnie – oj żeby czasami mi za pomoc się żądłami nie odwdzięczyły – no trudno – jeszcze tego jednego jakby prasnąć i chodu w dół.
Jedna z pszczół usiadła mi na dłoni – ani drgnij pomyślałem – przespacerowała się i wzleciała w górę – odsapnąłem – ale już obok była druga i trzecia – robi się nie wesoło – trza zmykać – aż dziw że jeszcze nie żądlą.
Raz kozie śmierć – wysunąłem się do przodu z deseczką w dłoni zaciśniętej  - najwyżej mnie zetną pomyślałem.
Zamach i uderzenie wyrzuciło szerszenia prosto w wylot barci – wprost w objęcia setek obrońców którzy natychmiast pokryli go masą swoich ciał próbując wbić swoje żądła w jego opancerzone ciało.
Żywa kula spadła na konar poniżej a ja już zsuwałem się w dół – radosny bo nie tylko że pomogłem ochronić gniazdo to jeszcze żadnego uszczerbku sam nie odniosłem.
 A swoją drogą to dziwne – jak to ten leśny dziadek człeka wiedzie tam gdzie coś ważnego się dzieje i gdzie nie tylko coś ciekawego znaleźć można ale i pomoc jest często potrzebna.
Obok na gałązkę pacnęła żywa kula pszczół z szerszeniem w drodze ku ziemi – sam musiałem dobrze się przyglądać gdzie ręce i nogi stawiam żeby na żądło szerszenia nie utrafić – bo nawet po śmierci jadem jeszcze atakuje.
Innym – radośniejszym teraz szum pszczół mi się wydał – może i dziękowały za pomoc – a któż tam ich mowę poznać może – no wiadomo – leśny dziadek – ale on za tłumacza być nieskory.
Teraz trzeba miejsce na platformę wybrać i budulec zbierać zacząć żeby noc jakoś względnie przetrzymać.
Wybrałem odpowiednie rozwidlenie konarów i na ziemię po powrozach zszedłem upewniwszy się że nikogo w pobliżu nie ma.
Uzupełniłem zapas wody i zacząłem ściągać strącone przez wichury konary i gałęzie – wszystko co tylko się nada – pod dęba i do góry – wnet zatraciłem liczenie ilość wejść do góry i zejść w dół – ale mięśnie dawały znać że było tych wspinaczek sporo.
Trochę podjadłem z zapasów – zajrzałem na górę do barci – spokój tu już panował – żadnego napastnika nie było widać ani w powietrzu ani na konarze gdzie pozostały sztuki ukatrupione – widać pszczoły posprzątały otoczenie – bądź jakiegoś ptaka na obiad zaprosiły.
Delikatny szum wentylujących wnętrze barci setek skrzydeł wydmuchiwał na zewnątrz niebiańskie zapachy delikatnego nektaru – orgia zmysłów rzekłby kto mądry.
Pszczoły zdawały się nie interesować moją osobą – pozwoliły dokładnie obejrzeć pień dookoła i stwierdzić że żadnego dojścia do dziupli nie ma – więc i miodu jak podebrać nie będzie – no chyba że uda się wydziać piesznią otwór od tyłu i deszczułką go zapasować – ale o tym to już kiedy indziej pomyśleć przyjdzie – teraz trza jeszcze mchu na posłanie do góry nawciągać i o noclegu pomyśleć.
Dołem już ciemnawo było i niebezpiecznym tam pozostawać było – szybko mchu nazbierałem miejsca jego ubytku maskując gałązkami i listowiem starym i do góry.
Platforma z grubsza gotową była – więc jeszcze raz ku wierzchołkowi się skierowałem zapachów pszczelich się nasycić i z czubka korony coś wokół dojrzeć spróbować .
Słońce zachodzić się szykowało – ale widno jeszcze było – na tyle na ile mogłem zobaczyć to poza wierzchołkami drzew nic niepodobnym było dojrzeć – czasami jedynie jakiś chojar ponad dębinę wystrzelał – a tak to tylko drzewa i drzewa – żadnych wolnych przestrzeni ni gór ni bagien – tylko wyraźnie teren pod górę się wspinający – trza będzie jutro tam się wybrać i z wierzchołka innego drzewa okolicę rozeznać.
A teraz w dół – posłanie ułożyć i usnąć spróbować – kościska tak umęczone że pewnie kłopotu z tym żadnego być nie powinno.
Następny owocny dzień – teraz jeno noc przetrwać i następnym wschodem słońca się radować.
Posłanie umościłem broń pod ręką umieściwszy i poustawiałem o pień oparłszy konary i gałęzie wcześniej na górę powciągane tak aby pod ukosem swego rodzaju zadaszenie nad legowiskiem uczyniły.
Powiązałem je tu i tam do kupy aby na łeb mi nie pospadały a pewne zabezpieczenie przed rysiem dać mogły – nikogo innego raczej tu się spodziewać nie mogłem – więc zabezpieczałem jak się udało.
W miedzy czasie podjadłem trochę owoców suszonych i podpłomyków – wody popiłem i ułożyłem się w pozycji półsiedzącej plecami do pnia.
W dole już ciemności panowały zupełne – ale górą jeszcze szary zachód słońca panował .
Pszczoły szumiały sen spokojny przywołując , wieczorne zapachy też otumaniały z lekka , wspomnienia drogi i przeżyć dzisiejszych przed oczyma się przewijały , kaptur na twarz naciągnąłem dziękując duchom leśnym za w zdrowiu zachowanie , za obfitość doznań jakie mnie spotkały , za zwycięstwo nad szerszeniami , o opiekę nad barcią i moją czatownię tuż pod nią i nie wiedzieć kiedy usnąłem.

Jan Józef Łoziński

Dziękuję za odwiedziny miłego piątkowego wieczoru życząc

Ozimek 2014-01-03